Być rodzicem. "Ona zawsze fantazjuje". Rodzice wykorzystywanych seksualnie dzieci często reagują zaprzeczeniem. Tomasz Kwaśniewski. 06.01.2021. (Fot. Ilustracja Michał Dziekan) "Dziecko może mieć poczucie, że wyraziło zgodę na seks, a z punktu widzenia specjalisty to mogła być przemoc. Słuchając opowieści dziecka, jesteśmy w
Übersetzung im Kontext von „dokuczają“ in Polnisch-Deutsch von Reverso Context: Małe dziewczynki płaczą gdy chłopcy im za dużo dokuczają.
Organizowany przez Związek Pracodawców Branży Internetowej IAB Polska konkurs „Jak zapewniam mojemu dziecku bezpieczeństwo w internecie” dobiegł końca. Jury wyłoniło zwycięzców, z których pracami można się zapoznać na stronie projektu Bezpieczne Interneciaki. Gratulujemy wygranym i dziękujemy za wszystkie nadesłane zgłoszenia.
Jestem cicha i skryta osoba, ucze sie srednio nie najlepiej ale tez nie najgorzej, na koniec roku mialam 3,87 (nie mam sie czym chwalic zabardzo). Ciagle mi dokuczaja np: Jolu ja cie kocham! , czesc skarbie! i tak sie wydzieraja na cala szkole. Nie mam zadnej kolerzanki i nikt sie ze mna nie chce przyjaznic na lekcjach w wogole sie nie zglaszam
W szkole powinny powstać procedury reagowania na takie sytuacje, konieczne jest też podejmowanie interwencji w każdym przypadku zagrożenia bezpieczeństwa dziecka wynikającego z korzystania z mediów elektronicznych. Motywów agresywnego zachowania u dzieci w wieku wczesnoszkolnym na-leży doszukiwać się w kilku zasadniczych źródłach.
ogoh ogoh sang hyang aji ratu sumedang. Ostatnie zmiany: 28 czerwca 2019 O znęcaniu, dręczeniu czy zastraszaniu mówimy wówczas, gdy dziecko jest krzywdzone przez inne dziecko lub grupę dzieci – i jest to działanie dotkliwe, celowe i trwa przez dłuższy czas. Znęcanie się – niestety - jest zjawiskiem powszechnie występujących w szkołach, na podwórkach, w grupach rówieśniczych. Skąd skala zjawiska? A i jakie są rzeczywiste dane? Często przecież złapanie winnych jest utrudnione, ponieważ są oni dręczycielami wyrafinowanymi - ich poczynania są niezauważalne dla osób postronnych. Problem oficjalnie więc nie istnieje, winni nie są ukarani - tylko ofiarom ciężko jest żyć i się bronić. Znęcanie może przybierać różne formy: bójki, zaczepki i rękoczyny, zabieranie, niszczenie rzeczy, nieprzyjemne uwagi, przezwiska, szydzenie, ośmieszanie - dręczenie werbalne, nieprzyjemne spojrzenia – próby zaszczucia, groźby, zastraszanie, wmuszenia, rozpuszczanie plotek – w klasie, w szkole, a nawet w internecie, izolowanie od grupy – choćby w grach zespołowych i wspólnych zabawach. Dlaczego tak się dzieje? Nie ma jednego, uniwersalnego powodu, dlaczego niektóre dzieci stają się tyranami, a inne ofiarami. Zazwyczaj dręczycielami stają się dzieci agresywne, bojowo nastawione do świata, na swe ofiary wybierając łatwy cel, jednostki – w swojej ocenie - słabsze, które nie będą mogły lub chciały się bronić; są ciche, nieśmiałe, ułomne czy z jakiś powodów niepopularne w grupie. Dziecko, które jest zastraszane, najczęściej przeżywa traumę – a jej skutki mogą być dotkliwe na długo po tym, jak problem zostanie rozwiązany. Nękane dziecko może być: smutne, samotne i zamknięte w sobie – nie chce wyjść ze swoim problemem na zewnątrz, czuje się upokorzone, wstydzi się sytuacji, w jakiej się znalazło, boi się przyszłości - eskalacji konfliktu, brak mu pewności siebie, ma niską samoocenę, źle o sobie myśli – może nawet czuje, że zasługuje na takie złe traktowanie przez innych, żyje w stresie, próbuje unikać kontaktu z oprawcą – nie chce chodzić do szkoły czy na podwórko,może przezywać depresję i mieć myśli samobójcze. Jak pomóc nękanemu dziecku? Przede wszystkim bądź otwarty na możliwość, że twoje dziecko może być zastraszane – to się dzieje nie tylko na filmach. Uważnie obserwuj swoje dziecko. Jeśli widzisz, że jest inne niż zazwyczaj – pytaj, co się dzieje. Bądź otwarty na dialog, zachęcaj do rozmów i zwierzeń, ale - to ważne - uważnie słuchaj. Jeśli twoje dziecko mówi, że jest zastraszane – nie bagatelizuj problemu, nie udawaj, że go nie ma. Jeśli ono czuje, że jest nękane - uwierz w to i zacznij działać. Bierz swoje dziecko na poważnie. Powiedz, że dziękujesz za zaufanie i cieszysz się, że ci powiedziało o swoich kłopotach. Zapewnij je, że miało rację, że ci się zwierzyło. Nie obwiniaj dziecka! Ono na pewno nie zrobiło niczego, za co mogłaby spotkać je tak okrutna kara. Jednocześnie przyjrzyj się dziecku – zastanów się, dlaczego inne dzieci mu dokuczają. Może jego opowieści naprowadzą cię na jakiś trop, a ty będziesz umiał mu w tym pomóc. Porozmawiaj ze swoim dzieckiem i wypracujcie sposoby rozwiązania problemu. Rozmawiajcie, jak twój syn czy córka mogą się bronić, jak reagować. Jeśli czujesz, że dziecko nie daje sobie rady z tym brzemieniem – skonsultuj się z psychologiem. Zapisz dziecko na zajęcia pozalekcyjne – treningi sztuki walki, piłki nożnej czy choćby basen. Niech realizuje swoją pasję, to pomoże mu nie tylko odreagować stres, ale poczuje się mocniejsze – to pozwoli mu na odbudowanie pewności siebie i wiarę we własne siły. Nie obiecuj zatrzymać problemu zastraszania w tajemnicy – działanie wymaga bowiem współpracy i otwartego rozpatrzenia kwestii. W pojedynkę nic nie zdziałasz. Jeśli dziecko jest dręczone poza szkołą - porozmawiaj z jego rodzicami. Jeśli nękanie ma miejsce w szkole – powiadom dyrekcję, wychowawcę, pedagoga. Nauczyciele nie zawsze wiedzą, że dziecko jest prześladowane. Przedstaw sprawę jasno – liczysz na współpracę ze strony szkoły, a i nie pozwolisz na agresywne zachowania w stosunku do swojego dziecka. Nawet wówczas, gdy władze szkoły zapewnią cię, że potraktowały zgłoszenie poważnie i podejmą wszelkie kroki, żeby rozwiązać problem, pozostań z nimi w kontakcie – trzymaj rękę na pulsie. mzb
Odwożenie dziecka do szkoły to doskonała okazja, żeby po prostu pobyć z dzieckiem! Odwożenie dziecka do szkoły jest dla rodziców nie lada wyzwaniem. We wrześniu wiele par musi całkiem przemodelować swój grafik, aby znaleźć w nim czas na odwożenie dziecka do szkoły. Jak sobie z tym poradzić? Długa pobudka, szybkie śniadanie, nerwowe ubieranie się, wybieganie z domu - tak wygląda większość poranków w polskich domach. Od września czeka to wszystkich rodziców, którzy będą musieli rano odwozić dzieci do szkoły. Jak sobie rozplanować czas, żeby odwożenie do szkoły nie było przykrym obowiązkiem? Wyprawka szkolna: jakie przybory szkolne powinieneś kupić dziecku? >> Odwożenie dziecka do szkoły: zorganizuj się Jeśli chcesz uniknąć porannych kłótni i stresu, spróbuj się dobrze zorganizować. Ubrania do szkoły dla dziecka możesz przygotować poprzedniego wieczoru, dzięki czemu rano nie będziesz musiał nerwowo szperać w szafie, starając się dopasować do siebie różne części garderoby. Produkty na drugie śniadanie również możesz przygotować dzień wcześniej - wystarczy, że w odpowiednim miejscu w lodówce położysz jogurt, owoce czy sałatkę warzywną. Dzięki temu rano zostanie ci tylko przygotowanie świeżej kanapki, co nie zajmie zbyt wiele czasu. Jak się przygotować do podróży z dzieckiem? >> Odwożenie dziecka do szkoły: wykorzystaj czas z dzieckiem Ile czasu dziennie poświęcasz dziecku? Na pewno nie tyle, ile byś chciał poświęcić. Pomyśl sobie zatem, że odwożenie dziecka do szkoły jest doskonałą okazją, żeby ze sobą po prostu pobyć. Zamiast włączać dziecku w podróży bajkę na tablecie, a samemu denerwować się na korki, po prostu z nim porozmawiaj. Dowiedz się, jak mu się podoba w szkole, ile ma koleżanek/kolegów, jak się zachowują. Bądź na bieżąco z tym, co się dzieje u dziecka, a szybko zobaczysz, że staniecie się sobie jeszcze bliżsi niż wcześniej. Czas spędzony na odwożeniu dziecka do szkoły możesz również wykorzystać do zabawy. Graj z dzieckiem w różne gry słowne, śpiewaj ulubione piosenki, ucz je znaków drogowych. Dzięki temu nawet nie zauważysz, jak szybko minie wam droga do szkoły!
fot. Jarosław Pytlak Pomysł udostępnienia na fejsbuku wybranych haseł ze „Słownika pedagogicznego dla rodziców i nauczycieli zagubionych w nowoczesnym świecie”, publikowanych przez ostatnie pięć lat w kwartalniku „Wokół szkoły”, okazał się noworocznym „strzałem w dziesiątkę”. Pojawiła się lawina reakcji, gwałtownie przybyło osób śledzących profil bloga Wokół Szkoły. Okazało się, że owe hasła mogą się nawet podobać, choć oczywiście w różnym stopniu, odzwierciedlonym liczbą lajków i komentarzy. Samo w sobie jest to dla mnie jako publicysty cenną informacją o stanie ducha i zainteresowaniach Czytelników. Szczególnie żywy odzew wywołało hasło „Nie bawię się z tobą!”, zamieszczone w dwóch wersjach, które przytaczam tutaj na użytek osób niekorzystających z fejsbuka. NIE BAWIĘ SIĘ Z TOBĄ! (2015) – Prosty komunikat pozwalający małemu dziecku poinformować inne dziecko o niezadowoleniu z jakości wzajemnych kontaktów. Zdrowy przejaw kształtowania relacji społecznych w grupie rówieśniczej, przez niektórych rodziców określany jednak nowocześnie, mianem mobbingu. Mobbing w piaskownicy – tego nie wymyśliłby nawet Mrożek! NIE BAWIĘ SIĘ Z TOBĄ! (2020) – Prosty komunikat pozwalający małemu dziecku poinformować inne dziecko o niezadowoleniu z jakości wzajemnych kontaktów. Zdrowy przejaw kształtowania relacji społecznych w grupie rówieśniczej, przez rosnącą rzeszę dorosłych traktowany dzisiaj jako przejaw agresji (przemocy), wymagający interwencji. W wersji soft – rozmowy uświadamiającej wychowawcy z agresorem i/lub jego rodzicami o niestosowności takiego zachowania. W wersji hard – wsparcia psychologicznego dla ofiary i warsztatów zastępowania agresji dla całej grupy horyzoncie rysuje się już wersja super hard – pozew sądowy, do wyboru: przeciwko rodzicom agresora albo niekompetentnemu personelowi placówki oświatowej. Pierwotnie przesłanie tego hasła było proste: nie pchajmy swojego dorosłego nosa we wszystkie, nawet najbardziej banalne sprawy dziejące się między dziećmi i nie przenośmy do tego świata naszych ocen i pojęć. Jednak coś, co pięć lat temu wydawało mi się godnym wyśmiania absurdem, teraz nabrało rangi poważnego problemu, dotyczącego nie tylko dzieci, ale wciągającego również dorosłych. Rzecz w tym, że właściwie z roku na rok obserwuję gwałtowny wzrost rodzicielskiej troski o wszystko, co własnego dziecka dotyczy. Ot, takie rodzicielstwo totalne, kształtowane przez emocje, rosnące na toksycznej pożywce informacyjnej docierającej z otoczenia. Pisze komentatorka mojego posta na fejsbuku o rzeczywistości szkolnej swojego dziecka: „Będziesz się z nami bawić, jeśli wypijesz wodę z kałuży i zjesz ziemię spod krzaka”. Inna opisuje maczanie słonych paluszków w kleju i zmuszanie jej dziecka do zjedzenia tego. Jedno i drugie w kolejnym komentarzu słusznie zostaje uznane za obrzydliwe, złe i przygnębiające. Na tle takich opisów zdarzeń moja sugestia, wynikająca z treści hasła, żeby nie ingerować niepotrzebnie w to, co dzieje się między dziećmi, może wydawać się słaba. Ale muszę stanąć w jej obronie, bowiem nie ma sensownej alternatywy. Nie wiem, czy świat stał się tak bardzo niebezpieczny, czy tylko rozsypało się nasze poczucie bezpieczeństwa, w czym pomaga nieustająca lawina informacji medialnych, złych, bardzo złych i tragicznych, ale za to przyciągających uwagę. Tylko w sprawach dotyczących młodzieży i tylko z ostatniego czasu: nastolatek zasztyletował w szkole innego nastolatka, szóstoklasista popełnił samobójstwo, bo nauczycielka techniki postawiła mu piątkę a nie szóstkę, brat zabił brata w kłótni o dostęp do komputera czy też konsoli do gier… To działa na rodzicielską wyobraźnię, nauczycielską zresztą też. Czy my-dorośli jesteśmy w stanie funkcjonować tak jak kiedyś, a jednocześnie zapobiec tego typu wydarzeniom?! Czy nauczyciel będzie musiał już zawsze brać pod uwagę, że jego fałszywy ruch przy wystawieniu stopnia może doprowadzić do tragedii? Czy rodzic, pozostawiając w domu dwójkę swoich dzieci, będzie już zawsze zastanawiać się, czy kłótnia pomiędzy nimi nie doprowadzi do tragedii? Odpowiedź nie może być pozytywna, bo tak funkcjonować się nie da. Nie ma takich zabezpieczeń organizacyjnych ani prawnych, może poza umieszczeniem dzieci w izolatkach i kaftanach bezpieczeństwa na dodatek, które pozwoliłyby zapobiec nieoczekiwanym efektom rozmaitych zaburzeń, szerzących się w młodym pokoleniu. Musimy przydawać rzeczom dotyczącym dzieci właściwą miarę, żeby nie uczynić z nich kalek psychicznych, a samemu nie zwariować. Faktem jest, że relacje między dziećmi w ostatnich latach zbrutalizowały się. Między dorosłymi zresztą też, od poziomu polityków aspirujących do rządzenia państwem, po wczasowiczów ukrytych za parawanami na plaży w Łebie. Dzieci nie żyją w próżni i chłoną atmosferę, którą tworzy całe społeczeństwo. Jednocześnie te same dzieci są dzisiaj, jak nigdy, postawione na piedestale. Nie miejsce to na rozważanie dlaczego, ale tak właśnie jest. Projekt „dziecko” ma być udany, dziecko zadbane i szczęśliwe. Niestety, szczęście utożsamiane jest z brakiem przeciwności losu, a nie z ich pokonywaniem. Z natychmiastowym spełnianiem marzeń, a nie staraniem o ich spełnienie. A za tym idzie brak gotowości na porażki i brak odporności w ich obliczu. Takich obrzydliwych, złych i przygnębiających sytuacji, jakich przykłady wymieniłem powyżej za komentatorkami z FB, w swojej karierze pedagogicznej widziałem setki. Ostatnio jest ich więcej, niż kiedyś, uczniowie przeżywają je mocniej, więc częściej, niż kiedyś proszę o interwencję psychologa. Ale nadal, podobnie jak kiedyś oczekuję najpierw od rodziców, aby zanim zaczniemy „coś z tym robić”, spojrzeli na sytuację przez dwa filtry. Pierwszy – autorefleksyjny – „Co takiego jest mojemu dziecku, że inne mu dokuczają?!”. Bo jednak nawet dzisiaj naturalnym stanem pomiędzy dziećmi jest wspólna zabawa. Drugi filtr nazwałbym zdroworozsądkowym. - Jeśli będą się z tobą bawić, pod warunkiem, że zrobisz coś głupiego, to się z nimi nie baw! Poszukaj innych koleżanek i kolegów (jeśli dziecko ich nie może znaleźć, tym bardziej patrz filtr pierwszy). Oczywiście zdaję sobie sprawę, że często sytuacja staje się tak zaogniona, że dziecko sobie autentycznie nie radzi. Więc w sytuacjach kryzysowych pomoc pedagoga, czy psychologa jest potrzebna, jak nigdy wcześniej. Ale nie oczekujmy, że będzie tak w każdej sytuacji, bo zwariujemy, a dzieci wraz z nami. Puenty dla tych refleksji dostarczyło mi dzisiaj samo życie. Tak się bowiem złożyło, że wjeżdżałem kolejką gondolową na Jaworzynę Krynicką, a w wagoniku oprócz mnie podróżowało kilkumiesięczne dziecko w wózku, wraz z rodzicami. Wjazd trwa kilkanaście minut, więc zdążyliśmy sobie trochę pogadać o tym i o owym. W pewnej chwili wagonik wyjechał spomiędzy drzew i na twarz dziecka, które spokojnie leżało w wózku i obserwowało świat, padły ostre promienie słońca. Czujny tata natychmiast ustawił swoją dłoń tak, by zacienić oczy malucha. Ośmielony miłą rozmową, postanowiłem zaryzykować i zapytałem, czy mogę podzielić się pewną myślą, która dla rodziców może okazać się ciekawa. Po uzyskaniu zgody poprosiłem ojca dziecka, żeby cofnął rękę i popatrzył, co się stanie. A stało się to, co (było dla mnie) oczywiste – dziecko przymknęło oczy. Bez żadnego grymasu dyskomfortu! Ręka wróciła na miejsce, dziecko oczy otworzyło, powtórnie została zabrana – zamknęło. Zapytałem – dlaczego osłania Pan oczy dziecka? Przecież ono właśnie uczy się, jak radzić sobie z otoczeniem. Odbywa lekcję (jedną z setek lub tysięcy), do czego służą różne części ciała, w tym wypadku powieki. Nie należy mu tego doświadczenia odbierać! Owszem, gdyby zaczęło płakać lub wiercić się, może interwencja byłaby usprawiedliwiona. Ale jeśli nic się nie dzieje, trzeba pozwolić dziecku przeżywać także chwile dyskomfortu. Przejechaliśmy kolejne kilkaset metrów - maluch z zamkniętymi oczami - aż wreszcie młody tata nie wytrzymał psychicznie. Podniósł budę wózka, żeby twarz dziecka była w cieniu. Ale wysiadając z wagonika podziękował. Drodzy Rodzice! Jeszcze zanim dziecko pójdzie do szkoły, możecie zwiększyć jego odporność na przeciwności losu. Po prostu nie spełniajcie jego potrzeb z wyprzedzeniem. Dajcie szansę przeżycia dyskomfortu. Uczcie, że nie wszystko otrzymuje się tu i teraz. To nie są wydumane rady – naprawdę widać, jak bardzo dzisiejszym dzieciom brakuje dzielności, unicestwianej przez nadmiar opieki w dzieciństwie. Krótko mówiąc, pozwólcie swoim dzieciom "mrużyć oczy"! I "nie podnoście budy od wózka", jeśli dziecko nie da wyraźnego sygnału, że tego potrzebuje. *** Postscriptum (fragment artykułu z numeru 1/2014 kwartalnika „Wokół szkoły”): Trudno oprzeć się wrażeniu, że wielu rodziców nie radzi sobie ze światem, który został pozbawiony jakiejkolwiek naturalności. Nie chodzi wyłącznie o przekształcenie środowiska przyrodniczego, ale także społecznego, które powoduje, że wychowanie młodego pokolenia straciło swój tradycyjny kontekst kulturowy, a stało się zadaniem heroicznym, wymagającym wymyślania wszystkiego od nowa. Zazwyczaj pod dyktando legionu Wujków Dobra Rada, którzy tylko czyhają, by sprzedać nieszczęsnym rodzicom jakiś towar lub pomysł (który zresztą jest dzisiaj również towarem). A jeśli nawet materiał prasowy zdaje się pełnić wyłącznie funkcję informacyjną, to i tak nie poprawia samopoczucia czytelników. Oto w numerze 22/2014 „Newsweeka” znalazł się artykuł Doroty Romanowskiej o przyciągającym uwagę tytule „Pochwała brudu”, w którym czytamy: „Dr David P. Strachan, epidemiolog z londyńskiego ST. George’s Hospital Medical School (…) w prestiżowym czasopiśmie medycznym „British Medical Journal” sformułował (…) tzw. „hipotezę higieniczną”. Zakłada ona, że od pierwszych chwil życia potrzebujemy mikrobów. Kontakt z nimi jest niezbędny, by układ odpornościowy nauczył się chronić nasz organizm przed zagrożeniem. – Bakterie, grzyby i inne drobnoustroje, które uważamy za złe, są częścią środowiska. Jedynie żyjąc z nimi, mamy szansę rozwijać się prawidłowo – mówi Michael Zasloff, immunolog z Georgetown University Medical Center. Organizm wystawiony od wczesnego dzieciństwa na działanie różnych mikrobów uczy się, które są dobre, a które złe. Z tej wiedzy korzysta potem przez całe życie.” W konkluzji dowiadujemy się, że eliminowanie z otoczenia dziecka naturalnych czynników chorobotwórczych wydaje się być przyczyną różnych rodzajów alergii i innych chorób związanych z wadliwym działaniem układu odpornościowego. A więc nie tylko wycinanie lasów tropikalnych, zanieczyszczenie wód i skażenie gleby, ale także… nadmiar czystości jest niebezpiecznym przejawem przekształcenia środowiska przyrodniczego. A teraz – to już moja własna inicjatywa – spróbujmy powyższy fragment artykułu przerobić, stawiając inną hipotezę, którą nazwę „opiekuńczą”: „Zakłada ona, że od pierwszych chwil życia potrzebujemy pewnej dawki dyskomfortu. Kontakt z nim jest niezbędny, by układ nerwowy nauczył się prawidłowo reagować na stres, pobudzając organizm do działania. Poczucie braku, frustracja, które uważamy dzisiaj za złe, i przed którymi ze wszystkich sił staramy się chronić dzieci, są częścią naturalnego środowiska społecznego. Jedynie żyjąc z nimi, mamy szansę rozwijać się prawidłowo – mówi Jarosław Pytlak, pedagog z Warszawy. Człowiek wystawiony od wczesnego dzieciństwa, w bezpiecznym skądinąd środowisku rodzinnym, na działanie różnych czynników stresogennych uczy się na nie reagować w sposób akceptowalny społecznie. Z tej wiedzy korzysta potem przez całe życie.” Nie potrafię przytoczyć wyników badań naukowych na poparcie „hipotezy opiekuńczej”, jednak znajduje ona pełne potwierdzenie w moim doświadczeniu. Wychowujemy pokolenie dzieci „przezaopiekowanych”, które z tego powodu prezentują brak szacunku dla innych ludzi, bo wszyscy są na ich usługi, nie są przedsiębiorcze, bo wszystko w ich życiu jest wyreżyserowane i nastawione na osiągnięcie z góry założonego efektu, i nie mają poczucia odpowiedzialności, bo wszystko, co ich dotyczy jest narzucone i kontrolowane przez dorosłych. W ten właśnie sposób przejawia się zgubny wpływ przekształcenia naturalnego środowiska społecznego, co już można dostrzec w młodym pokoleniu, a będzie – obym był złym prorokiem – tylko gorzej już za kilka lat. *** I jest, proszę Szanownych Czytelników! (JP-2020) Notka o autorze: Jarosław Pytlak jest dyrektorem Szkoły Podstawowej nr 24 STO na Bemowie w Warszawie oraz pomysłodawcą i wydawcą kwartalnika pedagogiczno-społecznego Wokół Szkoły. Działalnością pedagogiczną zajmuje się przez całe swoje dorosłe życie. Tekst ukazał się w blogu autora. PRZECZYTAJ TAKŻE: >> Czy można (i warto) pracować coraz więcej? >> J'accuse...! >> Zmieniać szkołę? Koniecznie! Ale z rozwagą
fot. Niemal co drugi uczeń szkoły podstawowej doświadcza różnych form dokuczania ze strony rówieśników, a skala zjawiska w klasach I-VI jest większa niż w gimnazjach. Nie zawsze rodzice są świadomi istnienia tego zjawiska, często dowiadują się o nim zbyt późno. Co rodzic może powiedzieć swojemu dziecku, aby mu pomóc, wesprzeć w trudnej sytuacji? „Dokuczanie między rówieśnikami lawinowo rośnie. Przyczyn można upatrywać w wielu czynnikach: braku autorytetu w postaci szkoły, doświadczenia anonimowości w Internecie i uczenia się tam różnych metod przemocy werbalnej z ograniczoną odpowiedzialnością, a także poczucia osamotnienia dzieci w kontekście przemian w rodzinie, na przykład z powodu rosnącej liczby rozwodów czy nieobecności w ciągu dnia rodziców czynnych zawodowo.” – mówi Małgorzata Ohme, psycholog i ambasador Kampanii Bądź kumplem – nie dokuczaj. Rodzice mają ważną rolę do odegrania w zwalczaniu lub ograniczaniu tego zjawiska i nie powinni się przed tym wstrzymywać. Rozmawiajmy z dzieckiem Co rodzic może powiedzieć dziecku, któremu dokuczają koledzy i koleżanki w szkole? Przede wszystkim spróbujmy uświadomić dziecku, że: To, że ktoś ci dokucza, nigdy nie jest Twoja winą. Masz prawo być taki, jaki jesteś. Nikomu nie wolno obrażać innych osób, popychać ich, bić, czy nie szanować ich rzeczy. Masz prawo czuć się źle, kiedy inni mówią lub robią coś, co jest dla Ciebie przykre. Możemy dziecku poradzić: Jeżeli ktoś sprawia Ci przykrość – powiedz mu/jej, że NIE podoba Ci się to i NIE zgadzasz się na takie traktowanie. Możesz poćwiczyć takie rozmowy np. z rodzicami lub przyjaciółmi. Nie oddawaj! To tylko pogorszy sytuację. Znajdź zaufaną osobę dorosłą w swoim otoczeniu. To może być rodzic, nauczyciel, pedagog. Porozmawiaj z nimi – dzieciom może być trudno wpłynąć na zachowanie swoich rówieśników. Dorośli naprawdę mogą zrobić więcej! Jako rodzice powinniśmy także uświadamiać dzieci, że jeśli dokuczanie powtarza się, koniecznie powinny powiedzieć o tym dorosłym. I to za każdym razem, gdy problem się pojawia. Niech robią tak dopóki problem nie zostanie rozwiązany. Dzieci powinny także unikać tych miejsc, w których zazwyczaj dochodzi do dokuczania: Jeżeli poczujesz się zagrożona/-y – postaraj się jak najszybciej znaleźć w bezpiecznym miejscu. Nie wstydź się uciekać, czy wołać o pomoc. Twoje bezpieczeństwo jest najważniejsze! Jeżeli jesteś świadkiem, dokuczania – nie zostawaj z tym sam, powiedz zaufanej osobie dorosłej. Bądź wsparciem dla kolegi/koleżanki, którzy doświadczają dokuczania. Staraj się włączać ich w aktywności towarzyskie, rozmawiaj z nimi, dosiadaj się na stołówce. Dzięki temu będą wiedzieć, że nie są sami! Przekażmy także dzieciom informację o anonimowym Telefonie Zaufania dla Dzieci i Młodzieży 116 111. To połączenie jest bezpłatne i dziecko może zadzwonić tam po pomoc, jeśli uważa, że powinno porozmawiać z kimś o danej sytuacji, problemie. Porady od psychologa Rozmawiajmy z naszymi dziećmi jak najczęściej o tym, co wydarzyło się w szkole lub w drodze do/ze szkoły. Małgorzata Ohme przygotowała dla dzieci kilka porad – spróbujmy je przekazać naszym dzieciom, aby nie bały się być dobrymi kumplami w szkole: Co możesz zrobić gdy ktoś ci dokucza? Nie myśl, że to, co o tobie mówi jest prawdą. Chłopak/dziewczyna ma problem i wyżywa się na tobie. Gdy zaczyna cię zaczepiać, staraj się oddalić od niego albo przyłączyć do jakiejś grupy. Udawaj, że nie słyszysz. To tylko brzęczenie komara. Albo człowiek, który mówi po chińsku, a ty nie rozumiesz. Gdy stoisz przy nim wyobraź sobie, że jest między wami niewidzialna szyba, za którą on coś mówi, ale ty widzisz tylko ruszające się, bezdźwięczne usta. Zrozum, że ludzie silni nie muszą dręczyć innych, by czuć się ze sobą dobrze. Siła jest w środku, w naszych dobrych sercach. Pomyśl, że może on też ma serce, ale zatrute. Ktoś skrzywdził jego, a teraz on krzywdzi ciebie. Tak naprawdę to zagubiony, złoszczący się mały chłopczyk, któremu jest bardzo źle. Wierz w siebie. Mów sobie „dam radę”. Tak naprawdę on jest słaby, a ja silny. Na pewno on powtarza jakieś teksty. Zapisz je i pogadaj z bliskimi, zaplanujcie jakieś riposty typu „To bardzo ciekawe” albo „Lepiej się czujesz jak tak gadasz?”. Nie wyzywaj go i nie bij. Robi to dokładnie po to, by wytrącić cię z równowagi. Każda twoja reakcja pełna złości daje mu satysfakcję i zachęca do dalszego dokuczania. Nie pokazuj swoich emocji. Pewnie ci smutno albo cię to złości (to normalne), ale on uzna to za słabość, która da mu siłę. Tacy jak on nakręcają się strachem innych. Spróbuj znaleźć wśród innych sojuszników. Zapraszaj ich do domu, nawiązuj kontakty. Gdy uda ci się stworzyć wokół siebie grupę, będziesz silniejszym przeciwnikiem. Bądź miły dla tych, którzy ci nie dokuczają, a których on lubi. Spróbuj pozyskać ich sympatię, a wtedy on straci swoich sojuszników i zostanie sam. Pamiętaj, że w momencie gdy ci grozi, musisz o tym komuś powiedzieć. najlepiej zaufanemu dorosłemu. Nie bój się, że wyjdziesz na kabla, to ta wyjątkowa sytuacja, gdy musisz chronić swoje bezpieczeństwo. A mądry dorosły będzie wiedział, jak to zrobić, by nie zawieść twojego zaufania i zadbać o twoją reputację. Czasami pewnie czujesz się gorszy, gdy ci dokucza. Nie jesteś gorszy, on chce po prostu sprawić, byś tak się czuł. Gorszy jest ten, który poniża innych. A wiesz dlaczego poniża? Bo sam czuje się gorszy! Nie wątp w dobro. Bycie miłym dla ludzi jest bardzo ważne. On będzie w życiu samotny, jeśli się nie zmieni, a ty nie. Będzie wokół ciebie wiele kochających osób. Pobierz infografikę z poradami dla dzieci Materiał przygotowany w ramach kampanii społecznej Cartoon Network, "Bądź kumplem, nie dokuczaj"
fot. Adobe Stock Dobrze wiem, co to znaczy czuć się kimś gorszym niż rówieśnicy. To nie jest wina dzieci, że nie szanują biedniejszych kolegów. Przecież ktoś ich tak wychował... Gdyby nie lekki przeciąg, nawet nie zorientowałabym się, że mój synek wrócił do domu. Cichutko zamknął drzwi za sobą, odwiesił kurtkę na wieszak i na palcach poszedł w kierunku swojego pokoju. – Cześć, Kuba! – krzyknęłam w jego stronę znad miski, nad którą obierałam ziemniaki. – Co ciekawego było dzisiaj w szkole? W odpowiedzi odburknął pod nosem coś, co zapewne miało oznaczać „nic”, i czmychnął do siebie. Westchnęłam ciężko. Zrobiło mi się smutno, ale wcale nie dlatego, że mój synek mnie lekceważył. Doskonale wiedziałam, czemu odpowiedział mi tak, a nie inaczej. Powinnam była ugryźć się w język, zanim w ogóle go zapytałam. „Jakby chłopak miał mało zmartwień w szkole, to jeszcze głupia matka w domu mu nie daje spokoju” – wyrzucałam teraz sobie. Po co pytałam, skoro bez tego mogłam się domyślić, co wydarzyło się dzisiaj w szkole. Znowu mu dokuczali. Ci rozwydrzeni, mający wszystko na wyciągnięcie ręki synowie i córki adwokatów, lekarzy, bankowców, właścicieli firm. Te małe potwory, dla których liczyły się tylko nazwy firm na metkach i obco brzmiące miejsca, w których spędzały wakacje, licytujące się z zapałem, komu rodzice kupili najdroższy prezent urodzinowy. Jak więc mój inteligentny, grzeczny i uczynny, ale nie pochodzący z tak wysoko postawionej rodziny synek, miał im dorównać? Mieliśmy na świecie tylko siebie: – Kubusia, a on – mnie. Żadnych dziadków, cioć, kuzynów, ani nikogo innego, na kogo w trudnych chwilach moglibyśmy liczyć. O ojcu Kubusia wolę nie wspominać w ogóle, bo nie jest wart nawet tego, by wymieniać jego imię, chociaż wtedy, gdy go poznałam, był dla mnie całym światem. Uważałam go za dowód na to, że warto prosić i wierzyć w lepsze jutro, bo jeśli prosi się wystarczająco dużo i wierzy wystarczająco mocno, wszystko na pewno się spełni. Przynajmniej ja wtedy tak myślałam. Ja, zahukana dziewczyna, którą lata temu ktoś zawinął w kocyk i podrzucił pod drzwi plebanii. Poza zapasowymi spranymi śpiochami i dodatkową tetrową pieluszką nie znaleziono przy mnie nic – żadnej karteczki z imieniem, jakie chciałaby mi nadać mama, ani informacji o tym, kiedy się urodziłam. Wezwany lekarz stwierdził, że mam najwyżej kilka dni, a do metryki jako datę urodzenia wpisano mi datę „podrzucenia” i mam na imię Agnieszka, po matce księdza proboszcza. Czy wiecie, jak ciężko jest żyć, nie wiedząc, kim się jest i nie potrafiąc się cieszyć z urodzin, bo one wcale urodzinami nie są? Nie wiecie. Strasznie trudno było mi się pogodzić z myślą, że to moja własna matka zgotowała mi taki los. Dlatego nawet dzisiaj zdarza mi się ją usprawiedliwiać. Myślę, że musiało jej się przydarzyć coś okropnego, inaczej na pewno by mnie nie zostawiła, narażając się na życie z takim ciężarem. Kiedy byłam mała, próbowałam sobie wyobrazić, jak ona wygląda: widziałam drobną kobietę z grubym warkoczem i jasnymi oczami patrzącymi smutno gdzieś w dal. Czasami ten obraz był tak sugestywny, że wydawało mi się, iż czuję jak kobieta głaszcze mnie po głowie. Może był to dobry sen, a może pani Ania – wychowawczyni z domu dziecka – jedyna oddana mi osoba, która przybiegała do mojego łóżka uspokoić moje nocne koszmary. Kiedy po osiemnastu takich samych latach, spędzonych w tej przechowalni dla niechcianych dzieci, opuszczałam wreszcie jej mury, moja wychowawczyni żegnała mnie ze łzami w oczach i życzeniami szczęścia. To dla niej postanowiłam, że zrobię wszystko, by się spełniły. Znalazłam pracę, wynajęłam skromny pokój i odkładałam grosz do grosza, by rozpocząć zaoczne studia. Było mi ciężko, ale zacisnęłam zęby i po 5 latach z dyplomem w kieszeni przekroczyłam bramę naszego ratusza: zostałam urzędniczką w wydziale do spraw pomocy społecznej. Byłam dumna z własnego biurka, na którym równiutko ustawiłam segregatory, metalowej tabliczki z moim nazwiskiem na drzwiach i starannie wyprasowanych bluzek, które wkładałam do pracy. Nawet głowę zaczęłam nosić wyżej. A kiedy poznałam jego – mężczyznę, który mówił, że jestem całym jego światem i obiecywał stworzyć dla mnie raj na ziemi – uwierzyłam, że życzenie pani Ani się spełniło... O, ja naiwna! Kiedy to wspominam, jest mi zwyczajnie wstyd, że dałam się omamić w tak banalny sposób; że pozwoliłam, by mnie wykorzystał, a potem zniknął bez śladu, gdy uradowana oznajmiłam mu, że spodziewam się dziecka. W taki sposób zgotowałam mojemu synkowi los, przed jakim przez całe życie chciałam go ochronić: los dziecka z niepełnej rodziny. Starałam się jak umiałam, by Kuba nie czuł się gorszy od swoich kolegów. Doskonale pamiętałam to uczucie z dzieciństwa: my, dzieci z bidula, na tle rówieśników w szkole wyglądaliśmy jak zahukani nędzarze. I nawet jeśli ktoś nie wiedział, gdzie mieszkam, natychmiast domyślał się tego, patrząc na moje marne ubrania, zniszczony tornister i rozsypujące się książki, które przypadły mi w udziale po którymś ze starszych kolegów. Gorzkiego smaku „bycia gorszym” nie zapomina się do końca życia. Chcąc oszczędzić tego mojemu synkowi, starałam się, by niczego mu nie brakowało: miał nowe ubrania, modny plecak, a na ostatnie urodziny dostał nawet komórkę. Chodziliśmy na basen, zadbałam, by Kuba nauczył się jeździć na nartach i pozwoliłam, by za zaoszczędzone pieniądze kupił sobie konsolę. Nie dawałam się jednak zwariować i nie sprawiałam Kubie najdroższych i najmodniejszych rzeczy, bo zwyczajnie nie było mnie na nie stać. Uważałam, że ma wszystko, czego potrzebuje, a tego, co najważniejsze, i tak dałam mu w nadmiarze: mojej miłości. Jak bardzo się myliłam. Kiedy mój chłopczyk poszedł do szkoły – bardzo dobrej szkoły, bo zależało mi na jego wykształceniu – okazało się, że jego nowe i modne ubrania nie mają odpowiedniej metki, komórka to najprostszy model, do którego wstyd się przyznać, a jeżdżenie na nartach w Polsce jest obciachem. Z dużym politowaniem komentowano również to, że nie latamy na wakacje samolotem, w niedziele jadamy w domu zamiast pójść do restauracji, i co to w ogóle za pomysł, żeby mieszkać w bloku, a nie w willi pod miastem? „Nie macie plazmy ani wanny z hydromasażem?” – dziwiono się. Czasami wyrzucałam sobie, że to moja wina: co ja sobie wyobrażałam, posyłając synka do szkoły, do której chodzą dzieci z najlepszych domów? Przez chwilę miałam nawet pomysł, by go z niej zabrać, ale jego wychowawczyni skutecznie wybiła mi to z głowy: – Kubuś świetnie się uczy i byłoby niezmiernie szkoda przenosić go do gorszej placówki – przekonywała. Zdaje się, że ta mądra nauczycielka wiedziała, że inne dzieci są wobec niego złośliwe. Robiła, co mogła, by to ukrócić i umocnić jego pozycję w szkolnym rankingu, ale nie chciała reagować głośno – żeby koledzy nie dokuczali Kubie jeszcze bardziej jako kapusiowi. Westchnęłam, wrzucając ostatniego ziemniaka do miski i zabrałam się za rozbijanie mięsa. Waliłam tłuczkiem z całej siły, żeby wyrzucić z siebie złość. „Świat się zmienia, a dzieci są takie same” – myślałam. „Bogate dokuczają biedniejszym”. Moją frustrację pogłębiały zbliżające się dziesiąte urodziny Kuby, choć normalnie na każde jego święto cieszyłam się jak oszalała i piekłam jego ulubione ciastka z kremem, a potem pozwalałam, by się nimi opychał do woli. Ale nie w tym roku. W tym roku w jego szkole pojawiła się moda, że na urodziny zaprasza się wszystkich kolegów z klasy i nie wypada ani ich nie zorganizować, ani nie pójść na cudze. Kuba więc chodził, choć bawił się na nich różnie – raz lepiej, raz gorzej – i trochę wstydził wręczanych prezentów wyraźnie odstających od wymyślnych paczek przyniesionych przez innych. Żeby te dzieciaki wiedziały, ile ja musiałam pracować i z czego zrezygnować, żeby kupić te wszystkie lalki Barbie, wyścigówki i gry. Co prawda mam trochę oszczędności, ale trzymam je na czarną godzinę, bo gdyby mi się kiedyś coś stało, nikt nam przecież nie pomoże. Nie wydam ich więc na przyjęcie urodzinowe, tym bardziej że – choć dla mnie to całkiem pokaźna sumka – na zrobienie wrażenia na tych małych snobach i tak nie wystarczy. Rodzice przecież kupili im już wszystko. „Zaraz, zaraz” – olśniło mnie nagle. „A może jest coś, czego nie da się kupić za pieniądze?”. Opętana tą myślą zaczęłam układać misterny plan, wciągając w niego kilka koleżanek z pracy, które ochoczo postanowiły mi pomóc. Kubie powiedziałam tylko, że w dniu urodzin zaproszeni goście mają się stawić u nas. Musiał pomyśleć, że szykuję zwykłe przyjęcie w domu, bo na jego twarzy pojawił się cień zawodu, ale nie usłyszałam od niego ani słowa skargi. Kochany synek, ciekawe, czy spodoba mu się moja niespodzianka? W dniu urodzin, kiedy wszyscy się zebrali, zarządziłam wyjście. Trochę pomarudzili, ale karnie zeszli na dół. Przed blokiem czekał stary wóz straży pożarnej, który kiedyś kupił i wyremontował ojciec jednej z moich koleżanek, wielki pasjonat dawnych pojazdów. Usłyszałam ciche „wow” oraz zobaczyłam zachwyt na ich twarzach i radość w oczach mojego synka. Pojechaliśmy na leśną polanę, na której moje koleżanki urządziły już „przyjęcie”: na trawie leżały koce i stały drewniane skrzynki służące za siedzenia, na tacach leżały góry ciastek, a obok płonęło ognisko. Przygotowałyśmy też rozrywki sportowe – rakietki do badmintona, latawce, piłki, linę i wiele innych. Dzieci – przyzwyczajone do dmuchanych zamków i wynajętych klaunów – początkowo nie wiedziały, co ze sobą zrobić, ale wystarczył pierwszy puszczony latawiec, by wszystko poszło w ruch. Nikomu nie przeszkadzało, że piłki nie są nowe, latawce – zrobione z papieru, a kiełbaski – pieczone na patyku. Ach, jak oni się nimi opychali. Bawiliśmy się świetnie, robiąc przy tym tyle harmidru, jakby tu był pluton wojska. Śmiechu było co niemiara, a do zawodów w przeciąganie liny stanęły nawet moje koleżanki. Patrząc na to wszystko, zrobiło mi się tych dzieciaków żal – rodzice dali im wszystko, z wyjątkiem zwykłej, beztroskiej zabawy. Pomyślałam, że one wcale nie są złe: to nie wina dzieci, że w stosunku do Kuby zachowywały się tak a nie inaczej. To wina ich rodziców, którzy nie pokazali im, że świat nie zawsze wygląda jak ich willa i nie nauczyli szacunku do innych. Kubuś pomachał mi z daleka. Chyba chciał nawet do mnie podbiec, ale kilku kolegów właśnie wciągnęło go do zabawy. Przybili sobie „piątki” i ruszyli wspólnie budować szałas. Więcej listów do redakcji:„W wieku 16 lat oddałam córkę do adopcji. Teraz uratowałam życie wnuczce, która była ciężko chora”„Mój narzeczony pochodził z majętnej rodziny z koneksjami, a ja nie śmierdziałam groszem. To nie mogło się uda攄W wieku 45 lat zostanę po raz drugi mamą i po raz pierwszy babcią. Nie planowałam tego, ale tak w życiu bywa”
dzieci dokuczają mojemu dziecku w szkole